W przestworza i po szczęście

To dopiero będzie wycieczka: połączenie wyprawy w turystykę przyszłości, czyli zrobimy to, czego w zasadzie robić nie powinniśmy, bo nie mamy żadnego przygotowania do… skakania z samolotu. A potem coś czego robić już nie musimy, czyli… pomachamy cepem:)

W drogę proponujemy wybrać się samochodem. Z Lublina na lotnisko w Radawcu jest niedaleko, jazda powinna nam zająć około kwadransa. W soboty nie powinno być korków, więc spokojnie możemy skierować się drogą krajową nr 19 w kierunku na Kraśnik, ale zaraz za granicą Lublina, mając po prawej stronie kościół w Konopnicy skręćmy w prawo w kierunku na Opole Lubelskie. Przemkniemy przez wieś Kozubszczyzna i dojedziemy do strzeżonego przejazdu kolejowego w Maryninie. Jeśli będziemy mieć szczęście, to szlaban będzie podniesiony. Jeśli akurat będzie jechać pociąg, to trudno, trzeba czekać. Po pokonaniu torów jedziemy tą samą drogą, a niedługo za zakrętem widzimy już po prawej stronie wielką odkrytą połać terenu. 

Wielka zielona łąka to lotnisko w Radawcu. Od drogi Lublin – Bełżyce stoją hangary, gdzie aeroklub lubelski przechowuje swoje samoloty. Na płycie lotniska często można zauważyć szybowce. Pewnie odbywają się zajęcia dla kursantów.
Pytanie więc co my tu robimy, skoro to miejsce głównie dla wtajemniczonych?


Otóż nie tylko! Wybieramy się do Radawca w określonym celu: skoczymy na spadochronie! Nigdy tego nie robiłeś? Boisz się? To niemożliwe? Co z tego. Wszystkiego trzeba spróbować.

Przed wycieczką należy w Internecie odnaleźć stronę www.skokitandemowe.org. W zakładce kontakt znajdziemy numery telefonów (+48 665 224 345, +48 665 244 074) pod którymi możemy zarezerwować termin na skok. Rezerwacji można dokonać także za pomocą formularza rezerwacyjnego na tej samej stronie internetowej. Wystarczy wybrać termin, opłacić skok (550 zł) i w drogę do Radawca.

Jak to wygląda i dlaczego ryzyko jest dużo mniejsze, niż przy samodzielnym skoku. Po pierwsze – nie skaczemy sami, tylko z pomocą doświadczonego spadochroniarza. Na lotnisku w Rudawcu tandem pilotem (skaczemy na dwuosobowym spadochronie zwanym tandemem) jest Rafał Zgierski, wychowanek Aeroklubu Lubelskiego i żołnierz wojsk powietrzno – desantowych naszej armii. Tandem pilot wprowadza w szczegóły. Wsiadamy na pokład samolotu An – 2. Jak to wtedy jest? Podobno lot na wysokość trzech tysięcy metrów mija szybko, bo myśli się głównie o momencie, gdy przyjdzie stanąć w otwartych drzwiach samolotu. Co dalej? Tu nawet najbardziej malowniczy opis nie zastąpi wrażeń tych, którzy to przeżyli.

„Wrażenie, jakbyś zawisł w niebycie z dala od ziemskiego zgiełku…”, „To cudowne uczucie, kiedy wyskakujesz z samolotu, rzucasz się niczym w przepaść, lecisz wolna jak ptak i nic i nikt nie może cię zatrzymać”, „Zaskoczył mnie straszliwy hałas. Świst powietrza w uszach. Powietrze, które czujesz, które jest przeszkodą, które uderza. Powietrze, które jest namacalne.” 
Skok spadochronowy
 
Uffff. Jeśli ktoś po wylądowaniu powie, że natychmiast doszedł do siebie to gratulujemy.

Po takich emocjach, wrażeniach, doznaniach, namacalnym kontakcie z ogromem nieba i przestworzy trzeba odpocząć i złapać dech w piersiach.

Żeby nieco ochłonąć mamy dwie propozycje. Możemy pojechać drogą Lublin – Opole Lubelskie do Bełżyc, by tam w rynku znaleźć pizzerię i nad kawałkiem tego dania zebrać myśli po skoku. Przy okazji można zobaczyć barokowy kościół, za którym jest źródło Władysława Jagiełły. Według legendy król poił w nim swego konia. 
 

Jeśli jednak emocje i adrenalina nie opadają i nie czujemy ani głodu i zmęczenia, to tym lepiej. Mamy równie dobry sposób na ochłonięcie, bo na łonie natury, i to jakiej! Wyjeżdżając z lotniska po kilkuset metrach powinniśmy napotkać skręt w prawo widząc po prawej ręce lotnisko. Po przejechaniu kawałka lasu powinniśmy skręcić w lewo i następnie jechać prosto do wsi Sporniak. Przejedźmy ją i dojedziemy do Palikijów. Tu zwolnijmy, bo tuż obok drogi napotkamy wijący się strumyczek. Zostawmy auto i chodźmy na spacer wzdłuż wody.
To źródła rzeki Bystrej, która w dalszym swoim płynie przez Nałęczów, Wąwolnicę i Celejów. Potem wpada do Wisły. My widzimy jej początek. Chcieliśmy się tu zatrzymać, bo proszę, zauważcie czystość nabrzeżnych zarośli i samej wody. Zaryzykowalibyśmy i napili się wody prosto ze źródła Bystrej. Lokalna społeczność podkreśla, że dba o rzekę, nie wyrzuca tam swoich śmieci na dziko. W urzędzie gminy Wojciechów, w której leżą Palikije i źródła Bystrej urzędnicy mrużąc oko narzekają, że z ludźmi wprawdzie problemu nie ma, ale za to jest z bobrami, które ścinają drzewa i budują na rzece swoje tamy, a to już grozi powodzią. Gdyby jednak z rzekami były tylko takie problemy…

Po spacerze wzdłuż Bystrej wróćmy do samochodu. Z Palikijów do Wojciechowa mamy dosłownie pięć minut drogi. W tej miejscowości spędzimy resztę soboty i początek niedzieli. Bo warto.
Dziś polska wieś to kombajny, traktory, innowacje wprowadzone za pieniądze Unii Europejskiej. Dziesięć, piętnaście lat temu na Lubelszczyźnie codziennością był drewniany wóz zaprzężony w konia. Ten sam koń ciągnął bronę i pług. A podkuć go musiał kowal.
Dzisiaj kowal już jest niepotrzebny. Oprócz Wojciechowa, gdzie działa najsłynniejsza kuźnia w Polsce, i to już od ponad 90 lat.

Ciekawy człowiek: To oczywiście Roman Czerniec, właściciel kuźni w Wojciechowie i być może najsłynniejszy obecnie kowal w Polsce. Jeśli da się namówić na wspomnienia, to opowie wiele barwnych opowieści z kuźni, np. tą sprzed ponad 20 lat temu. Zjawił się wtedy na progu kuźni Romana Czernieca młody kuśtykający mężczyzna, który poprosił, by dorobić mu śrubkę w kolanie. Kowal zaniemówił i dłuższą chwilę trwało zanim zdębiałego Czernieca na ziemię sprowadził sam gość podnosząc nogawkę spodni i pokazując drewnianą nogę. Kowal zrozumiał jego problem, śrubkę dorobił, proteza stała się znów sprawna i mężczyzna bez problemów odszedł w swoją drogę.

Roman Czerniec kultywuje rodzinną tradycję. Kuźnię w Wojciechowie zbudował w 1920 roku jego dziadek. Potem przejął ją ojciec, u którego pan Czerniec zaczął kowalską praktykę w wieku 16 lat. Przez lata najczęściej robił to, do czego kowal zwykle na wsi służył, czyli podkuwał konie. Teraz robi to sporadycznie, najwyżej kilka razy w roku.

Kuźnia w Wojciechowie
 
Kuźnia Romana Czernieca zaczynała od kucia podków. Kiedyś kowal wykuwał ich 800 miesięcznie i szły pod końskie kopyta. Dziś Czerniec (i jego liczni uczniowie, bo sukces jego kuźni przyciąga wielu adeptów sztuki kowalstwa) też wykuwa sporo podków, ale już nie dla koni, tylko dla ludzi wierzących, że podkowa przynosi szczęście. My oczywiście nie mamy prawa opuścić Wojciechowa bez podkowy wykutej w kuźni!

Na swojej stronie internetowej (www.czerniec.pl) pan Roman zaprasza do stolicy polskiego kowalstwa. Wojciechów jak żadna miejscowość w Polsce ma prawo do tego miana, bo oprócz kuźni Czernieca siedzibę ma tu Stowarzyszenie Kowali Polskich (którego prezesem jest Czerniec) i muzeum kowalstwa.

Zacznijmy od kuźni. Roman Czerniec urządza pokazy dla dorosłych i dzieci prezentując w ciągu 45 minut historię kowalstwa, jego tradycję i teraźniejszość, których on sam jest uosobieniem. To kowal, który zaczynał pracę w zawodzie od podkuwania koni, a dziś oprócz edukacji wykuwa bramy, furtki, ogrodzenia, balustrady, czy meble.
Jego pokaz to nie tylko widowisko, skry lecące, gdy kowal kuje rozżarzone żelazo. Czerniec pokazuje także różnice między żelazem wykutym przez kowala, a wyprodukowanym mechanicznie, bez dbałości o jakość i szczegóły, na które zwróci uwagę jedynie człowiek.

Wybierając termin przyjazdu do Wojciechowa warto najpierw sprawdzić w Internecie na stronie Stowarzyszenia Kowali Polskich (www.kowale.com.pl) kiedy odbywają się coroczne Ogólnopolskie Targi Sztuki Kowalskiej w Wojciechowie. To trzy dni święta tego rzemiosła, które stało się sztuką. Można wtedy kupić przeróżne przedmioty wykute przez nielicznych już polskich kowali, od świeczników po uchwyty na termometr.

Skoro jesteśmy w Wojciechowie to gdzie nocować, jak nie u najsłynniejszego kowala! Roman Czerniec wraz z żoną prowadzi także gospodarstwo agroturystyczne. Pani Danuta Czerniec gotuje bardzo smacznie, więc polecamy stołowanie się u niej, a w dodatku zaproponuje gościom także przyspieszony kurs domowej kuchni z nauką wypiekania bułeczek włącznie. Numer telefonu do kuźni i gospodarstwa agroturystycznego państwa Czernieców to 691 053 403.
Jeśli będzie problem ze znalezieniem noclegu w gospodarstwie państwa Czernieców to można przejechać zaledwie dwa kilometry z powrotem do Palikijów i pod adresem Palikije Drugie 100 znaleźć agroturystyczne gospodarstwo Pod Lipami prowadzone przez Krzysztofa Dybalę (kontaktowe nr tel. 603 996 700, 663 522 045)
Na drugi dzień pozostawiliśmy sobie Muzeum Kowalstwa. Najpierw o miejscu, w którym się mieści, bo jest godne tego by poświęcić mu parę słów. To zbudowana na początku XVI wieku tzw. Wieża Ariańska. Nazwa mogłaby sugerować, że budowla służyła pierwszym protestantom jako zbór, ale raczej nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistością. Wieżę zbudowano w celach obronnych.
 

Na najwyższej kondygnacji mieści się Muzeum Kowalstwa. Dawne, służące mieszkańcom wsi kowalstwo odeszło do lamusa, dlatego w Muzeum odtworzono wiernie wygląd dawnej kuźni wraz ze sprzętami: paleniskiem, kowadłem, miechem i wszystkimi niezbędnymi narzędziami. Do tego dochodzą narzędzia, które kiedyś kowal wytwarzał: sierpy, kosy, grace, motyki, brony. W muzeum dowiemy się także dlaczego podkowa przynosi szczęście. Wkrótce, w 2013 roku Muzeum Kowalstwa będzie obchodzić 20-lecie istnienia.
To nie jedyne muzeum w Wieży Ariańskiej. Mieści sie w nim także Wojciechowskie Muzeum Regionalne. Prezentuje bogatą historię tej wsi. W średniowieczu istniało tu grodzisko, którego makietę zobaczymy w muzeum. Jego druga część to rekonstrukcja wystroju wiejskiego domu z lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Trzecia to galeria sztuki ludowej, gdzie można również wybić pamiątkową monetę.

Muzeum Regionalne ma jednak poważną konkurencję, która wciąga przybysza w świat dawnej wsi, która błyskawicznie odchodzi w przeszłość. Od 2006 roku w Wojciechowie działa mini skansen Wojciechosko Zagroda (adres: Wojciechów Kolonia Piąta 114, nr tel. 695 177 327, strona internetowa www.wojciechoskozagroda.pl)

Tradycyjne kowalstwo odchodzi do lamusa, a jeszcze wcześniej wieś pożegnała się z innymi zwykłymi niegdyś czynnościami. To wszystko zobaczymy w Wojciechoskiej Zagrodzie. Młócenie cepami, mlenie zboża na ziarnach, pranie na tarze, tkanie na krosnach i przędzenie wełny. Kiedyś czynności zwykłe, dziś nawet dla mieszkańców wsi czarna magia. W Wojciechosko Zagrodzie można spróbować tych czynności.
Jeśli po obejrzeniu wszystkiego w Wojciechowie mamy jeszcze trochę czasu zawsze warto znaleźć chwilę czasu, by odwiedzić oddalony o około 10 minut Nałęczów.